Patriota-Idiota BLOG



"Filozofia Witkacego" Czesław Miłosz

Granice sztuki

St. I. Witkiewicz przepowiadał, że "etyka pożre metafizykę" i że przyszła ludzkość będzie szczęśliwa, ale nie będzie znała trzech rzeczy: filozofii, sztuki i religii, które już dzisiaj przeżywają swój okres schyłkowy. Nie jest moja rzeczą szukać wyjaśnienia, skąd wzięło się u Witkiewicza takie przekonanie, to znaczy nie będę cytować autorów, pod których wpływem mógł być, ani zajmować się źródłami ogólnoeuropejskiego katastrofizmu. Powinno nam wystarczyć. że znalazł się w Polsce jegomość dużego formatu, który pomimo wielu swoich dziwactw i niepowodzeń artystycznych i tak stał niepomiernie wyżej od większości swoich współczesnych. Spory i polemiki w Polsce dwudziestolecia wydają się dość miałkie, jeżeli zestawi się je z tym, o co chodziło Witkiewiczowi. Poza tym atmosfera dwudziestolecia została znacznie lepiej opisana w jego dwóch fantastycznych powieściach niż w wielu niby-realistycznych książkach cenionych powieściopisarzy.

Żeby to zrozumieć, trzeba było przekroczyć rok 1939, zakończenie Pożegnania jesieni i Nienasycenia jest zresztą akurat takie samo jak koniec Polski Piłsudskiego. Temat tych powieści można streścić w paru słowach: tematem jest rozkład pewnej cywilizacji, z czego większość ludzi nie tylko nie zdaje sobie sprawy, ale ulega nawet miłemu złudzeniu, ze ten rozkład jest dowodem zdrowia i siły. Tylko nieliczne jednostki czują, że to są ostatnie dni, ale właśnie dlatego, że są to osobniki zdegenerowane, które jeszcze telepią się w tej fazie cywilizacji, którym najwyżej wolno jeszcze istnieć. W następnej fazie, gdyby do niej dotrwały, czekałby ich tylko obłęd albo to, co wybrał sam Witkiewicz, duża dawka weronalu i przecięcie sobie żył. Zresztą o tym później. Na razie jeszcze pochwała języka, jakiego używał Witkiewicz: jest to język absolutnie uczciwy, męski, wbrew pozorom prosty, żadnych ornamentów, metafor dla wdzięku, subtelnych kadencji i zdań itp. wybiegów.

Język ten ma wielkie wady, ale nie ma jednej, największej, jaką była rozpowszechniona ostatnio préciosité i podejrzana melodyjność, tak uparcie cechująca polską prozę, że trudno od niej się wyzwolić, pisząc po polsku. Witkiewicz starał się naładować język znaczeniem do maximum i jeżeli niektóre fragmenty jego powieści robią wrażenie wielomówności to nie dlatego, żeby upajał się muzyka stylu, to po prostu sens, który chciał wyrazić, traci czasem ważność dla późniejszego czytelnika. Te właściwości językowe występują w powieściach i rozprawach, czyli w formach wypowiedzi, których nie uznawał za twórczość artystyczną. O jego licznych dramatach nie podejmuje się mówić, tak samo jak i o jego malarstwie.

Pośród jego wad najbardziej nużąca jest skłonność do wyolbrzymiania pewnych procesów psychicznych, wyrażająca się w nadużyciu mocnych epitetów. To wskazuje, ze wyszedł ze szkoły Młodej Polski i że był całkiem daleko od umiaru "Przepotwornienie" jego powieści sprawiło, że trudno je zaliczyć do literatury mającej szansę przetrwania inaczej niż jako dokument, jako treść, jako ładunek. Myślowy. Tym ładunkiem wypada się teraz zająć robiąc coś w rodzaju skrótu poglądów pisarza w celach informacyjnych.

Nie należy sadzić, twierdzi Witkiewicz, że takie objawy, jak filozofia, religia i sztuka są wieczne. Pojawiają się one na pewnym stopniu rozwoju, po czym mogą zaniknąć. Doprowadzi do tego postępujące ciągle naprzód uspołecznienie.

Zbliżające się wojny, rzezie i rewolucje wyniku jakiejś pierwotnej anarchii. Przeciwnie ich skutkiem będzie zwycięstwo sprawiedliwości społecznej i przejście władzy w ręce mas pracujących całego świata. Proces demokratyzacji jest nieodwracalny i w żadnym razie nie moglibyśmy powrócić do stanu, gdy nieliczne i wspaniałe jednostki rozwijały się kosztem poniżenia milionów. Indywidualność przeciętnego obywatela doszła do głosu po raz pierwszy w Grecji, gdzie każdemu zapewniona była wielka swoboda myśli. Kiedy jednak myśl indywidualna zrodzona w Grecji osiągnęła duże wyniki, wyniki te zostały przyswojone przez społeczeństwa, które już we własnym interesie zaczęły tę indywidualność tępić. Konieczność sprostania wymogom techniki i zadośćuczynienie przy jej pomocy postulatom etycznym, wywodzącym się z chrześcijaństwa, musi doprowadzić stopniowo do zupełnej automatyzacji, to znaczy, obywatelom nie będzie zostawiona żadna swoboda dociekania, a wolność takiego czy innego trybu życia będzie bardzo ograniczona. Oczywiście, najistotniejszą cechą automatyzacji jest zupełna szczęśliwość obywateli, którym zdaje się, że hasła propagandy są ich własnymi myślami, i którym zupełnie wystarcza miejsce w maszynie społecznej.

Witkiewicz uważał siebie przede wszystkim za filozofa, i to filozofa z gatunku już zanikającego, bo zajmował się istotą bytu i dociekania ontologiczne uważał za jedynie godne filozofii. Jednym z podstawowych pojęć jego systemu było pojęcie Tożsamości Faktycznej Poszczególnej. Tę nazwę wywodził z poczucia tożsamości ze sobą samym, jakie ma poszczególny człowiek, i nie tylko człowiek, teoretycznie każde Istnienie Poszczególne.

Poczucie to, trudne do opisania, dane jest w doświadczeniu i trzeba odwołać się do pewnych przeżyć w godzinach świtu, bezpośrednio po przebudzeniu się, których zaznał, być może, czytelnik. Jest to rodzaj zdumienia nad faktem, że jest się sobą, że się nie było i że się dąży ku śmierci, a jednak się jest, i że się stanowi niepojętą jedność w wielości swoich stanów i otaczającego świata. Jeden z angielskich "poetów metafizycznych" (Traherne) pisząc pieśń nowonarodzonego dziecka wkłada mu w usta podziw nad posiadaniem rak, nóg, oczu, ust: "lecz dziw, którego nie ogarnie słowo: że choć nie było mnie, dziś jestem sobą", powiada dziecko. To właśnie zdumienie miał na myśli Witkiewicz.

Pytania: "Czemu ja jestem właśnie tym, a nie innym istnieniem? W tym miejscu nieskończonej przestrzeni i w tej chwili nieskończonego czasu? W tej grupie istnień, na tej właśnie planecie? Dlaczego w ogóle istnieję, skoro mógłbym nie istnieć wcale? Dlaczego w ogóle coś jest?" itp.: są zmaganiem się z tajemnicą, z którą ludzkość zmaga się od początku, a zasadą tej tajemnicy jest zasada Tożsamości Faktycznej Poszczególnej. Właśnie z tego, że jestem tożsamy ze sobą i że stanowię jedność w trwaniu i rozciągłości, płynie niepokój metafizyczny, czyli metafizyczne poczucie dziwności istnienia. Ten niepokój doprowadził do powstania religii, filozofii i sztuki.
Odpowiedzi na niepokojące pytania ludzkość szukała najpierw w religii. Religia jednak straciła wpływ na przodujące umysły z chwilą, gdy dociekanie prawdy istnienia wzięła na siebie filozofia. Religia zaczęła wtedy kostnieć ograniczając się do mechanicznie uznawanych obrzędów i dogmatów, przestała zaspokajać metafizyczne niepokoje wyznawców, którzy szukali odtąd wyładowania niepokoju w innych dziedzinach. Zaszło to w Grecji i zaszło w Europie przy końcu średniowiecza.

Przez długie stulecia filozofia tworzyła systemy, mające na celu odkrycie Prawdy Absolutnej. "Nasi przodkowie, dążąc do nieosiągalnej absolutnej prawdy, starali się wyjść Poza przekleństwo Zasady Tożsamości Faktycznej Poszczególnej, zbudować gmach myśli, której czas nie mógłby naruszyć, system pojęć wyjęty spod przypadkowości danego układu, obowiązujący cale istnienie." Niezależnie od względnej błędności tych systemów, trzeba stwierdzić, że "tylko wiara w obiektywną prawdę stworzyła istotnie wartościowe systemy pojęć i idee". Stopniowo jednak filozofia doszła do punktu, gdy spostrzegła, że jest granica naszych pojęć i ze używając pojęć nam dostępnych, wyczerpaliśmy w grubszych zarysach wszystkie kombinacje zmierzające do pokonania tajemnicy. Na nasze czasy przypadł odwrót filozofii. Filozofowie postąpili jednak jak ten lis z bajki: ponieważ winogrona okazały się za wysoko, orzekli, że są zielone i że szkoda trudu za ich zdobywanie. Ścisła współzależność z przemianami społecznymi, które przytępiają ostrość przezywania tajemnicy, spowodowała gorączkową działalność negowania tajemnicy, na papierze. Problemy nierozwiązalne uznano za pozorne, starając się wykazać, ze polegają one na nieporozumieniu. Witkiewicz żywi bezgraniczną pogardę dla pragmatystów i dla Bergsona, bo u nich właśnie najdoskonalej wyraziła się niechęć do walki o surowa, jednoznaczną prawdę. Każda teoria, powiada Witkiewicz, jest z pewnego punktu widzenia omamianiem się, aby potworności istnienia bezpośrednio nie przeżywać. Ale co innego jest stchórzyć i iść do szynku oszałamiając siebie świadomie, a co innego stanąć z trudnościami twarzą w twarz.

Pragmatyści wynieśli do godności prawdy wszelkie irracjonalne bzdury, jeżeli te bzdury są pożyteczne dla rozwoju społeczeństw. "Idee, o które się starano dawniej, były niezależne od bezpośredniej użyteczności i nie przez to były one prawdziwe lub fałszywe, ze pomagały lub szkodziły danej grupie społecznej. Może być, że miały one wartość dla tej lub innej klasy, ale wartość ta nie była kryterium dla ich twórców. Pragmatyzm był zawsze, ale nie był programowy. W programowości pewnych idei zaznacza się charakterystyczna właściwość naszych czasów." Duch ludzki starał się wyjść z błędnego koła prawd względnych i "z nadludzkim zaiste wysiłkiem dążył w straszliwej walce z Tajemnicą do absolutnych wartości". "W ciągu całej tej walki z Tajemnicą o prawdę, spadały z Tajemnicy coraz to nowe zasłony i przyszedł czas, ze ujrzeliśmy nagie, twarde ciało, z którego nic się już zdjąć nie da, nieprzeniknione i nieprzezwyciężone w swej obojętności martwego posągu." Pragmatyści starają się ten posąg zdruzgotać, po prostu zaprzeczają, że jest. Bergson znowu zaleca jakieś nowe poznanie "intuicyjne", poza rozumowaniem według praw logiki. Czyż na to, zapytuje Witkiewicz, ostrzyliśmy nasz umysł przez tyle wieków, aby oddać wszystko, co już jest zdobyte, za nędzny majak prawdy, za intuicyjne bredzenie? Ale należy nam się to słusznie. "Każda bowiem epoka ma taką filozofię, na jaką zasługuje. W obecnej naszej fazie nie zasługujemy na nic innego, jak na najpodlejszego gatunku narkotyk w celu uśpienia w nas antyspołecznego, przeszkałcającego w automatyzacji metafizycznego niepokoju."

Tak więc filozofia kończy swój żywot przez powolne samobójstwo, udając przed światem, że jeszcze żyje. Wszystko, czym się zajmują filozofowie uśmierciwszy metafizykę, nie jest niczym innym, jak oględzinami trupa i sporządzaniem aktu zejścia. Piszą całe tomy po to, aby udowodnić niemożliwość filozofii i wykazać, że wartość jej jest czysto umowna i praktyczna, że to tylko piana na powierzchni biologicznych czy też społecznych procesów.

Pozostaje sztuka. Religia i filozofia starały się zintelektualizować niepokój metafizyczny. W przeciwieństwie do tego sztuka jest uzewnętrznieniem bezpośredniego przezywania niepokoju.
Uczucie metafizyczne, które jest źródłem twórczości i jądrem każdego dzieła sztuki, polaryzuje się w warstwie zwyczajnych uczuć życiowych i wyobrażeń, w warstwie intelektu i w warstwie Czystej Formy, czyli jakości zmysłowych prostych. Jest to jakby promień, który przebija te warstwy i łączy je w nierozerwalną całość.

Jedność w wielości, taka jest definicja dzieła sztuki. Osobowość ludzka, będąc również jednością wielości, utrwala tę swoją jedność w symbolach przez to, że zostają one połączone w sposób konieczny. Dzieło sztuki, dostarczając tworzącemu je artyście najwyższego poczucia jego własnej jaźni, z kolei przez swoją wewnętrzną prawidłowość i konieczność budzi w odbiorcy niepokój metafizyczny. Cechą, odróżniającą. dzieło sztuki od innych rzeczy pięknych, jest to, że jedność jest jego wyłącznym celem. Dlatego np. w obrazie zupełnie nieważne jest, że przedstawia on takie czy inne osoby albo że oddaje wiernie jakiś krajobraz. Ważne są tylko napięcia kierunkowe (termin wprowadzony przez Witkiewicza), wywoływane przy pomocy pędzla, i nie ma znaczenia, czy do wytworzenia ich malarz użył ludzkich twarzy, drzew, kominów, czy też tylko linii i płaszczyzn, nie przedstawiających z życiowego punktu widzenia nic.

Co więcej, ideałem byłoby wyzwolenie się od elementów nieistotnych, które przeszkadzają tylko osiągnięciu jedności. Malarstwo "z natury", a więc chcące wiernie oddać naturalne barwy i kształty przedmiotów, ich bryłowatość, perspektywę itp., zaprzęga się w służbę spraw najzupełniej obcych sztuce. Czysta forma w malarstwie nie ma nic wspólnego z notowaniem otaczającej nas rzeczywistości, tak samo jak Czysta Forma w muzyce nie ma nic wspólnego z wyrażaniem tzw. uczuć życiowych, więc smutku, radości., tęsknoty itd. Oczywiście, dopatrywanie się w dziele sztuki treści i formy dowodzi tylko niezrozumienia, na czym sztuka polega, bo nie ma żadnej "treści" artystycznej, która dałaby się od formy oddzielić.

W biegu historii człowiek i jego dążenia metafizyczne ulegają wielkim zmianom. W dawnych czasach, gdy znajdował dla nich wyładowanie w religii, zachowywał pewnego rodzaju równowagę wewnętrzną i formy sztuki, jakie wtedy tworzył, miały powagę spokojnego piękna. Kiedy jednak religia straciła swoją siłę przekonywania, a filozofia gasła likwidując sama siebie, człowiek, nie nasycony metafizycznie, kurczowo chwycił się sztuki i zaczął jej przekazywać swój lek i chorobliwość. Dawna spokojna forma wynaleziona przez ludzi znających i inne ujścia dla niepokoju, przestała mu wystarczać, zbyt wiele już teraz od niej żądał, miała mu ona zastąpić dawny dogmat, obrządek i dociekania o istocie bytu. Coraz bardziej sprzeczne i odległe od siebie pierwiastki musiał łączyć w jedno, aby w ten sposób zdobyć chwilę krótkotrwałego zaspokojenia.

Im bardziej buntownicze, rwące się ku niezawisłości elementy ujarzmia artysta, tym ostrzej przeżywa stan, o którym mowa, stan ten jest silniejszy, jeżeli zdobyty za większą cenę. Zjawisko to, które Witkiewicz nazywa nienasyceniem formą, prowadzi do coraz większej komplikacji użytych środków. Sztuce współczesnej już nie dosyć harmonii i symetrii, upaja się ona dysonansami, zgrzytami, niepokojem asymetrycznych i zwichrzonych płaszczyzn. Prowadzi to do perwersji, czyli do używania jako materiału elementów wstrętnych, dziwacznych, rażących barw, niesamowitych dźwięków. Pojawia się perwersyjna prostota, a więc prostota na niby, kryjąca w sobie ładunki olbrzymiego skomplikowania i utajonej potworności. Sztuka staje na pograniczu obłędu, bo ludzie, którzy dzisiaj ją tworzą, są zdegenerowanymi potomkami dawnych mistrzów, obcujących niegdyś dostojnie z Tajemnicą i kształtujących swoje dzieła w świecie uładzonym przez religię . A jednak wariackie dzieła jakiegoś Van Gogha czy Picassa są jedyną postacią piękna nam dostępną. Aby czuć to, co czuł Giotto malując swoich świętych i co czuł widz ówczesny, my musimy spotęgować dawkę i iść ku ostatecznej niemożności, ku absolutnemu nienasyceniu formą, kiedy wyczerpią się wszystkie ograniczone kombinacje jakości zmysłowych, jakie jeszcze mamy do rozporządzenia. Wtedy sztuka zamrze ostatecznie, choć długo ją jeszcze będą podrabiać, a osobniki zdolne do przeżywania metafizycznego niepokoju, ale już niezdolne do żadnej realizacji, czyli potencjalni artyści, zostaną zamknięte w zakładach dla umysłowo chorych. Już dzisiaj jednostki obdarzone poczuciem Tajemnicy należą do wyjątków, reszta dojrzewa szybko do automatyzacji, uznając za sztukę tylko to, co potrąca o ich zainteresowania polityczne (patriotyzm, przebudowa społeczna).

Stąd miedzy innymi pochodzi dzisiejszy rozdźwięk miedzy artystami i społeczeństwem, wybitne dzieła współczesne nie mają najmniejszych szans "trafienia pod strzechy". Jest bajką, co opowiadają nam niektórzy o przyszłej świetlanej epoce: według nich z masy ludowej, wydźwigniętej na wyższy poziom przez ustrój, który zapewni sprawiedliwy podział dóbr, wyjdą wielkie talenty, dotychczas marnowane. Ustrój, który by podołał nieprawdopodobnej komplikacji życia ekonomicznego naszych czasów, sam musi zniweczyć ten rezultat oswobodzenia masy i chłopak, który teraz pasie może krowy, zostanie dopuszczony do udziału w kulturze, ale nigdy nie będzie znał takiego luksusu, jak samodzielność intelektualna. Pośpiech mrowiska wprzęgnie go w swoje tryby, nie będzie znał też samotności, z której rodzi się metafizyczne zdumienie. Będzie szczęśliwy. Cóż nam zostaje jeżeli nie wartości etyczne? "Piękno jest w obłędzie, prawda leży u naszych nóg, rozszarpana przez współczesnych filozofów i z tej trójcy ideałów zostaje nam tylko dobro, to jest szczęśliwość wszystkich tych, którzy nie mieli siły, aby tworzyć piękno, ani dość odwagi, aby Tajemnicy patrzeć prosto w oczy." Etyka pożre metafizykę i trzeba to przyjąć bez wylewania łez jako rzecz naturalną, podobnie jak przyjmujemy fakt, ze ludzie umierają, a dojrzale jabłka spadają na ziemię. Może to być przykre dla zdegenerowanych potomków dawnej cywilizacji. "Z bydła wyszliśmy i w bydło się obrócimy" - mówi jeden z bohaterów Witkiewicza. Niemniej bolesne to będzie tylko dla nielicznych i nieliczni tylko zdadzą sobie sprawę, że zamknął się ten rozdział.

Zwycięstwo etyki oznacza zwycięstwo wartości względnych nad bezwzględnymi. Wszelkie próby metafizycznego uzasadnienia etyki, czyli nadania jej znaczenia prawideł powszechnych, stałych i niezmiennych, byłyby zupełnie beznadziejne. Przepisy etyczne zawsze przedstawiają pewien punkt widzenia użytkowy, są one wykładnikiem interesów takiej czy innej grupy społecznej i mają znaczenie tymczasowe, wychowawcze. Religia, filozofia i sztuka są tworami czysto indywidualnymi, wyrażają stosunek indywiduum do Istnienia - natomiast etyka przedstawia związki indywiduum ze społecznością – związki ulegające ciągłym zmianom.

 



© 2007 Copyright - Wszystkie prawa zastrzeżone. | www.patriota-idiota.org